W języku polskim nie ma chyba słowa, na które dałoby się przetłumaczyć francuskie
frontalier, oznaczające kogoś, kto mieszka w jednym kraju, ale większość czasu spędza w innym (z reguły w pracy albo w szkole). Tu, gdzie od 3 tygodni mieszkam, czyli w szeroko rozumianych okolicach Genewy, prawie wszyscy mieszkańcy są
frontaliers. Pracują w Genewie, ale z różnych (najczęściej finansowych, choć nie tylko) powodów mieszkają w okolicznych francuskich miasteczkach. Zastanawiam się jak to wyglądało, kiedy granica była realna, a kontrole regularne. Nie było to wcale tak dawno temu, sama pamiętam moją pierwszą wycieczkę do Szwajcarii i najnormalniejszą kontrolę paszportową. Teraz bardzo łatwo zapomnieć, że żyje się jedną nogą w jednym państwie, a drugą w innym, szczególnie, gdy nie zmienia się język (dla mnie niestety wciąż obcy, ale pracuję nad tym, żeby był coraz mniej).
Takie zjawisko występuje w wielu krajach, ale w Genewie jest szczególnie wyraźne, a żeby poznać przyczynę, wystarczy (jeśli w ogóle jest potrzebny) rzut okiem na mapę:
W najbliższe okolice Genewy da się więc dostać z Polski samochodem całkowicie omijając Szwajcarię, ale zdecydowanie tego nie polecam.Trzeba też pamiętać, że nie można beztosko przewozić przez granicę każdej ilości gotówki, alkoholu, czy nawet mięsa, bo kontrole się jednak zdarzają.
Dlatego odpowiedź na proste pytanie, do jakiego kraju się wyjeżdża, nie zawsze jest tak prosta jak się wydaje :)